Identyfikacja poćwiartowanych zwłok jego żony została przeprowadzona na podstawie wyglądu stóp. Głowy kobiety nigdy nie odnaleziono.
W latach pięćdziesiątych XX wieku, w Krakowie, na ulicy Sławkowskiej, pod ścianą kościoła pod wezwaniem św. Marka Ewangelisty prawie codziennie można było spotkać pewnego człowieka. Stał albo klęczał, wyciągając rękę po datki przechodniów. Litujący się nad nim ludzie wyciągali z portfeli drobniaki i rzucali „co łaska”. Nikt z nich nie miał pojęcia, że trzydzieści lat wcześniej o mijanym przez nich żebraku rozpisywała się cała krakowska prasa. Nazywał się Maciej Paluch.
Był mężem „Pięknej Zośki”, kruczowłosej piękności i ulubionej modelki wielu krakowskich malarzy. 15 maja 1927 roku odebrał jej życie. Poćwiartowane ciało rozrzucił po okolicy.

Proces …
2 grudnia 1927 roku w siedzibie Sądu Okręgowego w Krakowie jedna z sal rozpraw szczelnie wypełniła się publicznością. To w niej swoje obrady rozpoczął właśnie krakowski trybunał przysięgłych, mający osądzić zbrodnię popełnioną na Zofii Paluchowej.
Oskarżonego wprowadziła eskorta. 36-letni, wysoki, mocno zbudowany mężczyzna, któremu aresztancki ubiór nadawał odstręczający wygląd.
Urodził się w Zesławicach, miejscowości, która dzisiaj wchodzi w skład Dzielnicy XVII Krakowa. Składowi sędziowskiemu przewodniczył dr Józef Kaczmarski, sędzia Sądu Okręgowego. To on chwilę po godzinie dziewiątej zarządził odczytanie aktu oskarżenia. Wynikało z niego, że dnia 18 maja 1927 roku do krakowskiej Prokuratury wpłynęło doniesienie o zaginięciu Zofii Paluchowej. Doniesienie złożyła Marianna Franczakowa, matka zaginionej, zaniepokojona trzydniowym brakiem kontaktu z córką. Zofia, zostawiwszy swoje dwie córeczki, 15 maja miała pójść do męża, by odebrać od niego należne jej alimenty. Franczakowa podała w doniesieniu, że „małżonkowie żyli osobno”, co było skutkiem tymczasowego zarządzenia sądu w toczącym się procesie separacyjnym. Zofia wraz z dziećmi pary mieszkała przy ulicy Grzegórzeckiej 204, jej mąż Maciej pozostał w gospodarstwie znajdującym się w Dłubni. Gospodarstwo to w całości należało do Zofii. Składając doniesienie o zginięciu, Franczakowa była już pewna, że jej zięć zamordował swoją żonę, zwłaszcza, że śmiercią groził jej wcześniej wielokrotnie, był też wobec niej okrutny.
Zanim podjęto śledztwo…
W roku 1921 piękna Zofia Franczakówna z Zagorzyc w powiecie miechowskim, poślubiła Macieja Palucha, szewca z pobliskich Zesławic. Po ślubie małżonkowie zamieszkali w oddalonej o kilkanaście kilometrów Dłubni, w maleńkim gospodarstwie, będącym wyłączną własnością Zofii. Wspólne szczęście pary, o ile w ogóle można o nim mówić, nie trwało długo. Nie stroniący od kieliszka Paluch zupełnie nie palił się do roboty. Za to pożycie małżeńskie, jak nakazuje przysięga, egzekwował z całą stanowczością.
Powiększająca się rodzina szybko zaczęła popadać w finansowe tarapaty. Chcąc polepszyć byt dzieci, Zofia podjęła pracę modelki. Tak pracowały też jej matka i siostra. Piękna twarz i urok krakowskiego serdaka ściśle zasznurowanego na kształtnych piersiach szybko otworzyły jej pracownie wielu artystów. Paluchową malowali między innymi: Piotr Stachiewicz, Wincenty Wodzinowski i Juliusz Kossak.
Z natury porywczy i zazdrosny Maciej, znając fizyczne przymioty żony, wkrótce zaczął też robić jej awantury o bywanie “u malarzy”. Jego zapalczywość podsycały docinki sąsiadów, którzy plotkowali o licznych, płomiennych romansach Paluchowej. Tutaj dla zachowania kronikarskiej uczciwości i ostudzenia wyobraźni trzeba dorzucić, że nie znamy ani jednego aktu do którego Zofia miałaby pozować.
Wróćmy jednak do naszej historii. W końcu wspólne życie małżonków stało się koszmarem, dla Zofii nie do zniesienia. W lipcu 1926 roku bita, zmuszana do pożycia kobieta, po kolejnej awanturze uciekła wraz z dziećmi do ciotki i zamieszkała przy ulicy Pasterskiej 8 (dzisiaj Aleja Pokoju). Rozwścieczony Maciej łatwo się nie poddał. Zażądał natychmiastowego powrotu żony, która w międzyczasie wniosła już sprawę o alimenty i cofnięcie uczynionej wcześniej na rzecz męża darowizny swojego gospodarstwa.
Dziś nie wiadomo jakich sposobów użył Maciej, by osiągnąć cel. Musiały to być jednak środki bardzo skuteczne, bo Zofia uległa mu raz jeszcze. Wróciła do domu. Nie spodziewała się z pewnością, że na tak krótko. Kilkanaście godzin później, po awanturze znów musiała uciekać. Paluch od tej chwili stał się tak agresywny i niebezpieczny, że ciotka w obawie o własne życie wypowiedziała Zofii mieszkanie. Paluchowa, zmuszona do zmiany miejsca pobytu, przeniosła się wraz z dziećmi na ulicę Grzegórzecką pod numer 204, do Wiktorii Wilkoszowej. W Dłubni bywała od tej pory raz w tygodniu po żywność i nigdy nie szła tam sama.
W roku 1927 Paluch przestał płacić alimenty zasądzone w procesie separacyjnym. Jedynym dochodem Zofii stały się pieniądze zarabiane pozowaniem. Pewnego dnia małżonkowie przypadkowo czy też umyślnie spotkali się w Krakowie. Maciej, zagadnięty o zaległe pieniądze stwierdził, że spodziewa się dopływu środków, bo jeden ze znajomych ma mu oddać dawny dług. Zapewnił żonę, że jeśli ta przyjdzie do ich dawnego domu, zobowiązuje się natychmiast uregulować wszystkie zaległości. Świadek tej rozmowy, Marcin Herian twierdził, że Maciej Paluch groził swojej żonie i miał powiedzieć “i tak cię w krótkim czasie jasny piorun strzeli w samo serce”. Termin zapłaty zaległych alimentów został ustalony na niedzielę 15 maja. Z zeznań świadków wiemy, że około godziny 14.00 Zofia rzeczywiście pojawiła się w Dłubni. Do mieszkania na Grzegórzeckiej już nigdy nie wróciła.
Dwa dni później, 17 maja, we wtorek, na posterunek w Bieńczycach przyszła Wiktoria Wilkoszowa, zaniepokojona nieobecnością sublokatorki. Dyżurny przyjął od niej doniesienie o zaginięciu Zofii. Mimo, iż swoje zeznania potwierdziła w Urzędzie Gminnym w Dłubni i IV Komisariacie Policji Państwowej w Krakowie, nikt nie rozpoczął jakichkolwiek poszukiwań. Ludzkim gadaniem wieści szybko jednak się rozchodzą. Kilka godzin później o zaginięciu Zofii Paluchowej dowiedziała się jej matka Marianna Franczakowa. Razem ze swoim drugim zięciem Marcinem Herianem przyjechała właśnie do Dłubni sadzić ziemniaki. Usłyszawszy, że nikt od dwóch dni nie widział Zofii, natychmiast odwiedziła Macieja Palucha. Marcin Herian był u niego także poprzedniego popołudnia, czyli w poniedziałek 16 maja i już wtedy zdziwił go panujący w izbie ład. Wypytywany przez teściową i szwagra Paluch przyznał, że Zofia odwiedziła go w niedzielę, ale około godziny 19.00 wyszła w drogę powrotną do Krakowa.

Dochodzenie
Wróćmy do aktu oskarżenia. Z dalszej jego części wynika, że dopiero po przyjęciu doniesienia Marianny Franczakowej, policjanci podjęli działania i udali się pod adres zamieszkania Macieja Palucha.
Natychmiast po wejściu do chaty odnaleźli liczne ślady krwi. Akt oskarżenia stwierdza, że „ślady te widoczne były na komodzie, na desce leżącej w izbie mieszkaniowej, na drzwiach obok sieni. Ślady te były plamą odbitej ręki umazanej we krwi. W skrzyni oskarżonego znaleziono świeżo wypraną koszulę i spodnie, tudzież leżącą obok pieca siekierę, której stylisko w tajemniczy sposób zostało po tragicznej nocy wyczyszczone. W przeciwieństwie do tej siekiery dwie inne leżały w mieszkaniu zabrudzone”. Według śledczych zebrane ślady wyraźnie wskazywały, że w izbie mogło dojść do zbrodni. Mimo starannego przeszukania całej chaty, ciała Zofii nie odnaleziono. Zakres poszukiwań rozszerzono więc na obejście i najbliższą okolicę. Już pierwszego dnia z nurtu płynącej w pobliżu rzeki Dłubni wyłowiono kobiecą pierś, następnie żołądek, śledzionę i jelita. Dwa dni później przy drodze odnaleziono pocięte na części ludzkie płuca, a potem jeszcze lewe udo, wierzchnią część brzucha i ramion. W Zakładzie Medycyny Sądowej wszystkie odnalezione fragmenty zestawiono razem. Ich autopsji dokonał prof. Jan Olbrycht, w asyście doktora J. Jankowskiego. Działania patologów osobiście nadzorował sam dyrektor placówki, prof. Leon Wachholz. Wnioski zawarte w protokole sekcyjnym były przerażające. „ Fragmenty ciała to zwłoki kobiety lat około 28, brunetki, co ustalono na podstawie owłosienia łonowego. Pomiar kości długich wskazywał na wzrost około 160 cm. Cięcia widoczne na szczątkach pochodziły od siekiery i noża, kości nosiły też ślady piłowania piłą. Rozczłonkowanie ciała denatki nastąpiło po śmierci, a w treści jej żołądka znajdowały się jedynie resztki ziemniaka”.
Ostatecznej identyfikacji niekompletnych zwłok dokonała siostra Zofii, która stwierdziła, że miała ona nadmiernie wydłużony drugi paluch stopy. Znalezione szczątki rzeczywiście miały tę bardzo rzadką cechę. Co do przyczyny śmierci, mimo braku głowy orzeczono, że Zofia Paluchowa zginęła „w skutek zmiażdżenia czaszki, bowiem żadne urazy widoczne na zwłokach nie powstały za życia”. Oprócz sekcji zwłok przeprowadzono także badanie krwawych śladów zebranych w chacie męża ofiary i ponad wszelką wątpliwość ustalono, że jest to krew ludzka.
W akcie oskarżenia znajduje się także opis ostatnich chwil denatki. 15 maja około godziny czternastej, Paluchowa rzeczywiście przyszła do swojego męża po zaległe alimenty. Niejaka Franciszka Głowa zeznała, że Maciej „ująwszy swoją żonę za ramiona, wprowadził ją z ogrodu do swego domu”. Od tej chwili nikt już jej więcej nie widział.
Zeznania Macieja Palucha …
Po odczytaniu aktu oskarżenia, do złożenia zeznań został wezwany Maciej Paluch. Zapytany, czy dopuścił się zarzucanego mu czynu, nie przyznał się do winy i wyraźnie oświadczył, że o niczym nie wie. Owszem, feralnego dnia żona była u niego, ale około godziny dziewiętnastej wyszła. W czasie wizyty rozmawiali o sprawach rodzinnych. Według Palucha, żona oświadczyła, że za cenę jego „spisania się z jej gruntu” wróci do domu. Podobno umówili się, że na drugi dzień Zofia da odpowiedź czy zgadza się przed rozprawą separacyjną, wyznaczoną na dzień 21 maja, pójść do adwokata, by wszystko cofnąć i spór zażegnać. Zapytany o okoliczności opuszczenia przez Zofię jego gospodarstwa, Maciej stwierdził, że gdy wyszedł na moment do koni, żona bez słowa wyszła. Gdy wrócił do izby już jej tam nie było.
Przyznał, że były między nimi nieporozumienia, ale to przez to, że „żona całemi dniami przestawała w Krakowie pozując rozmaitym malarzom na co on się nie godził, bo przez to cała gospodarka szła na marne. W dużym stopniu do tych nieporozumień przyczyniała się też teściowa Marja Franczakowa (pisownia oryginalna) pijaczka, która sama była modelką i córki swoje jako modelki do malarzy wprowadzała, i która córkę swoją wciąż przeciwko oskarżonemu buntowała przedstawiając go jako chama, parobka, chłopa i t. p.”. To ona była winna rozpadowi małżeństwa Paluchów, bo to pod jej „ szatańskim wpływem żona zaczęła się coraz częściej z domu wydalać. (…) cały dom i gospodarstwo szło na marne, a dzieci zaniedbane , głodne i narażone na wszelkie nieszczęśliwe wypadki schodziły z tego świata. Tak było z pierwszemi, dwomi dziećmi (pisownia oryginalna), tą samą drogą poszło i trzecie. Gdy czwarte dziecko miało przyjść na świat oświadczyła, że dziecko to nie jest jego. (…) Mimo to (…) do szpitala św. Łazarza (…) kupował jej wina, ciasta, szynkę i przywoził drób, z którego polecił gotować jej rosoły”. W swoich zeznaniach Paluch wspomniał także, że żona chciała uczynić z niego umysłowo chorego, chcąc w ten sposób odebrać mu zarząd majątku.
Zeznania Palucha są obszerne, ale oskarżony nie potrafił wyjaśnić ani śladów krwi, ani upranych, mokrych ubrań ukrytych w skrzyni. Wszystko tłumaczył porządkami, jakie robił licząc, że zgodnie z przyrzeczeniem, 21 maja żona do niego wróci. Gdy okazano mu zwłoki także nie potwierdził, że należą one do Zofii. Utrzymywał, że „ mógłby rozpoznać ją po kruczoczarnych włosach, ale głowy przecież nie było”.
Świadkowie…
Po zeznaniach oskarżonego, rozpoczęto przesłuchania świadków, w tym artystów, którym denatka pozowała.
Malarz Piotr Stachiewicz oświadczył, że znał Zofię od dziecka, gdyż już wtedy przychodziła do jego pracowni. Od wyjścia za mąż pozować przestała, ale gdy od męża odeszła wróciła, zmuszona koniecznością zarobienia na utrzymanie siebie i dzieci. Podobno „chciała pracować na murarce, jednak zażądano od niej, by chodziła do pracy codziennie (…). Paluchowa żaliła się przy tem, że mąż ją bije, że chciałby się w pracy tylko nią wyręczać”.
Następny świadek, służąca Paluchowej, niejaka Litwinówna, dziewczynka lat 14, potwierdziła, że w krytycznym dniu Zofia „odświętnie ubrana wyszła z domu mówiąc, że idzie do Macieja odebrać należne jej alimenty. Przed wyjściem zjadła jedynie kilka ziemniaków”.
Relacje z procesu szeroko opisują jedną z sióstr Zofii, Honoratę Ciepielę, której pojawienie się na sali sądowej wywołało wielkie wrażenie.„Wiejska kobieta, przystrojona w krakowski strój, o miejskich manierach, o wybitnie pięknej twarzy, oliwkowej cerze, dużych, wyrazistych oczach (…) płynnym w piękne zwroty ujętym stylem zeznaje: siostra moja była modelką jeszcze jako panna podobnie jak ja, matka nasza i siostry nasze. Pozowałyśmy profesorowi Wodzinowskiemu, Stachiewiczowi, i „jaśnie panu” Kossakowi (…) w wielkiej zażyłości z siostrą nie pozostawałyśmy z obawy przed oskarżonym, który nam odgrażał się spaleniem”.
Media, relacje i przebieg procesu
Relacje prasowe twierdzą, że zainteresowanie procesem Palucha rosło z każdym dniem. Sala rozpraw pękała w szwach, a wśród publiczności większość stanowiły kobiety.
W kolejnym dniu swoje zeznanie złożyła Emilia Hieroniowa, szwagrowa obwinionego, która opisała między innymi taką sytuację. „(…) w nocy przybiegła do stajni śp. Paluchowa strasznie zmęczona i spłakana i opowiadała, że obwiniony Paluch chciał ją udusić i wymusił na niej zapis majątku. Rzeczywiście zaraz na drugi dzień poszła siostra moja Paluchowa i zapisała Paluchowi część swego majątku pod wpływem widocznie obawy o swoje życie. (…). W roku 1926 w czasie żniw żaliła się, że gdy uciekła z domu z powodu pobicia jej, obwiniony wybiegł za nią, chwycił ją za włosy, wciągnął ją do domu i tu brutalnie się z nią obszedł”.
Ciekawy przebieg miało przesłuchanie wywiadowcy, niejakiego Pawełka, który prowadził dochodzenie na miejscu zbrodni. Podczas jego zaprzysiężenia doszło do pewnego incydentu. Dr Aschenbrenner, obrońca Macieja Palucha, sprzeciwił się odebraniu od świadka przysięgi. Wobec Pawełka toczyło się bowiem dochodzenie o zbrodnię oszczerstwa. Śledczy miał donieść, że: „ dr Aschenbrenner w dniu 1 czerwca, wraz z sześcioma innymi osobami pojawił się na miejscu zbrodni oświadczając, że wszyscy przybyli stanowią komisję”. Na podstawie tego doniesienia Prokuratura rozpoczęła śledztwo, które bezspornie wykazało, że podnoszone zarzuty były bezpodstawne. Z tego powodu dr Aschenbrenner zdecydował się złożyć własne doniesienie o popełnieniu przez Pawełka zbrodni oszczerstwa. Sprawa kontrowersji wobec świadka ostatecznie została zakończona przedstawieniem dokumentu dowodzącego umorzenia także i tej sprawy.
Pawełek został w końcu zaprzysiężony. Co ciekawe, w toku późniejszego przesłuchania dr Aschenbrenner zadał mu kilka pytań, na które odpowiedzi brzmiały co najmniej dziwnie. Pawełek nie potrafił wyjaśnić dlaczego znalezione na miejscu zbrodni krwawe ślady nie zostały okazane obronie i co właściwie się z nimi stało oraz dlaczego siekiera, która w raporcie miała być wyczyszczona, okazała się jednak brudna. Do powstałych kontrowersji Paluch dorzucił kolejne. Oświadczył nagle, że gdy jego żona wychodziła w drogę powrotną, w obejściu kręciło się dwóch nieznanych ludzi.
Jego oświadczenie spowodowało, że sąd zarządził wizję lokalną. Trzy samochody wiozące sędziów orzekających, przysięgłych, prokuratora, obrońcę i skutego w kajdanki oskarżonego, pojechały do Dłubni. Tu została przesłuchana obłożnie chora niejaka Wójcikowa, sąsiadka Palucha, która zeznała, że trzy dni po zniknięciu Zofii, widziała jej męża jadącego wozem między 3, a 4 rano. Na wozie leżał też snopek jęczmiennej słomy. Po odebraniu zeznań od Wójcikowej, wszyscy przybyli z Krakowa przenieśli się do domu Paluchów. Wniosło to niewiele, ściślej mówiąc nic. Izby były od kilku miesięcy zamieszkane przez rodzinę oskarżonego, w tym dwoje jego dzieci: roczną Zosię i pięcioletnią Amelkę. Jedynym znacznym efektem wizyty stało się traumatyczne zdarzenie z udziałem starszej z córek. Paluch widząc ją prosił, by podeszła do niego, na co babka dziecka natychmiast odpowiedziała „po co byś szła do tego, co ci zamordował matkę”.
Nadszedł ostatni dzień procesu, w którym zeznania składało kilku kolejnych świadków. Wszyscy na niekorzyść oskarżonego. Mówili o przemocy, biciu i groźbach podpalenia. Wezwana przed trybunał siostra zamordowanej Aniela Szczupakowa, zdejmując z prawej stopy trzewik, zaprezentowała wygląd palców. Jeden, ten obok wielkiego palucha, rzeczywiście był dłuższy, Miało to potwierdzić prawidłowość identyfikacji zwłok, pomimo nieodnalezienia głowy. Kolejnym zeznaniem, które mocno obciążyło Macieja Palucha, było zeznanie niejakiego Pawła Sojki. Mężczyzna nabył od obwinionego kawałek gruntu płacąc część sumy, a na resztę podpisując weksel. Według niego Paluch miał na kilka dni przed zbrodnią prosić go o pewną sumę, ale jej nie otrzymał. Skoro więc wiedział, że żadnych pieniędzy dla żony mieć nie będzie, dlaczego umówił się z nią na tamtą wizytę?
Jako jedna z ostatnich swoje zeznania złożyła także Zofia Franczakowa, matka zamordowanej. Relacje świadczą, że zeznawała bardzo płynnie, a wszystko co mówiła, dotyczyło bestialstwa jej zięcia. I tu znów dojść miało do niespodzianki. Adwokat Palucha dr Aschenbrenner zadał Franczakowej pytanie o mord popełniony przed laty na jej macosze. Według obrońcy zbrodnia miała być łudząco podobna do tej, dokonanej na pięknej Zośce, a zarzuty miały zostać postawione właśnie Franczakowej. Podejrzenie rozwścieczyło kobietę. Właściwie wykrzyczała, że ostatecznie za zbrodnię odpowiedział niejaki Feliks Ziółko. Adwokat oskarżonego nie odpuszczał. W kolejnym pytaniu zarzucił zeznającej, iż jest „notoryczną alkoholiczką, dla której ustanowiona została kuratela”. Co może się wydawać dość dziwne, po zadaniu pytania o alkoholizm, sędzia natychmiast przypomniał, że zapytana nie ma obowiązku odpowiadać. I Franczakowa tak właśnie zrobiła. Tupiąc nogą oświadczyła „nie odpowiem”.
Kolejnym, ciekawym po stu latach faktem, jest postępowanie sądu wobec wniosków obrony. Dr Aschenbrenner, stwierdziwszy, że niemal wszyscy zeznający są rodziną zamordowanej, zawnioskował o powołanie kilku świadków obrony, oraz chemiczną analizę odnalezionej na miejscu zbrodni siekiery. Tej samej, która miała być wyczyszczona, a jednak zabrudzona. Sąd odrzucił oba wnioski.
Odtąd relacje z procesu nie wnoszą już do całej sprawy istotnych szczegółów. Patolodzy, prof. Olbrycht i dr J. Jankowski przytoczyli w swoich zeznaniach wnioski znane z protokołu sekcyjnego. Dr Jankowski nieco bardziej rozwodził się nad rzadkością występowania wydłużonego, drugiego palucha u stopy i kilkukrotnie podkreślał, że cechę tą posiada matka denatki i wszystkie jej siostry, co właściwie niepodważalnie potwierdza prawidłowość identyfikacji zwłok.
Wyrok…
8 grudnia 1927 roku, późnym popołudniem, dwunastu przysięgłym w procesie Macieja Palucha sąd postawił pytanie – czy oskarżony jest winien morderstwa. Zbrodnia ta była w tym czasie zagrożona karą śmierci i takiej właśnie kary domagał się pełnomocnik rodziny, dr Schoenwetter. Po krótkiej naradzie przysięgli zażądali postawienia im pytania o zbrodnię zabójstwa.
Tu kilka słów wyjaśnienia. W roku 1927, kiedy toczył się proces, w Polsce nie obowiązywał jednolity kodeks karny. Pierwsza spójna kodyfikacja, czyli kodeks postępowania karnego, weszła w życie dopiero w roku 1928. Pierwsze jednolite prawo karne uchwalono zaś w roku 1932. Znamy je dzisiaj pod nazwą „Kodeks Makarewicza”. Maciej Paluch był więc sądzony według ciągle obowiązującego prawa zaborczego. Skoro proces toczył się w Krakowie, było to prawo austriackie. Powyższe wyjaśnienie może także tłumaczyć pewną dowolność w dopuszczaniu świadków i okazywaniu dowodów, jaką dysponował w tym czasie sędzia.
Wróćmy jednak do opisywanych wydarzeń. 9 grudnia, późną nocą, bo kwadrans przed drugą, przysięgli ustalili werdykt: zarzut morderstwa – 6:6, zabójstwo – 12:0.
W chwilę po odczytaniu werdyktu zapadł wyrok. Maciej Paluch został skazany „ na 15 lat ciężkiego więzienia obostrzonego twardem łożem co miesiąc i ciemnicą w każdą rocznicę zbrodni”. Oskarżony podobno wysłuchał wyroku z kamiennym spokojem.
Kara…
Swoją karę Maciej Paluch odsiadywał w więzieniu w Wiśniczu. W roku 1928, po wniesieniu odwołania, Sąd Najwyższy złagodził ją do lat 12. Pod koniec 1931 roku, w prośbie o ułaskawienie, jaką napisał do Prezydenta RP Ignacego Mościckiego, Paluch wreszcie przyznał się do zabicia swojej żony.
Ostatecznie odsiedział w więzieniu dziesięć lat. W wigilię 1937 roku wyszedł na wolność. Do Dłubni nigdy już nie wrócił. Nie ma też dowodów, że próbował skontaktować się ze swoimi dziećmi lub kimkolwiek z rodziny żony. Pomieszkiwał u Braci Albertynów, a pod koniec życia przeniósł się do sutereny przy ulicy Zamoyskiego 47. Żył z datków spod kościoła św. Marka, zbierał szmaty i makulaturę, które przechowywał w szopie na podwórku. 9 lipca 1960 roku służby wezwane do tlących się śmieci znalazły go tam bez oznak życia. Przyczyną śmierci okazało się zaczadzenie.
W miejscu, gdzie kiedyś odnaleziono zwłoki jego żony, rzeka Dłubnia została nazwana przez ludzi Paluchówką, choć dzisiaj używa się tej nazwy coraz rzadziej.
Historię opowiedziała Anna Laszczka
W tekście wykorzystano materiały archiwalne z Ilustrowanego Kuriera Codziennego dostępne w zasobach Małopolskiej Biblioteki Cyfrowej, „Pitaval krakowski” Stanisława Waltosia, kroniki i rejestry Zakładu Medycyny Sądowej UJ w Krakowie oraz notatki zebrane podczas tworzenia scenariusza filmu dokumentalnego „Zabójstwo Pięknej Zośki”, nagrodzonego wyróżnieniem na festiwalu „Trzy Korony” w 2012 roku.

