Było ich trzech i to nie był ich pierwszy raz. Do tej komory wchodzili już wcześniej. Testowali nową, choć od jakiegoś czasu stosowaną na świecie, metodę leczenia tlenem w warunkach podwyższonego ciśnienia. Eksperymenty przeprowadzali na samych sobie. 26 kwietnia 1939 roku zamknęli się w komorze po raz ostatni. Nigdy z niej nie wyszli. Co zawiodło – nie wiadomo do dziś.

Kraków, ul. Kopernika 19, Szpital Św. Łazarza
Tu w roku 1788 założono pierwszy w Polsce szpital powiązany z uniwersytetem. Szpital św. Łazarza, bo tak go nazywano, dał z czasem początek centrum klinicznemu, które przez dwa wieki leczyło pacjentów, stanowiąc jednocześnie zaplecze dydaktyczne i badawcze Collegium Medicum UJ. W roku 1935 prof. Aleksander Oszacki otworzył tu pierwszy w kraju oddział gazolecznictwa, który dysponował namiotami tlenowymi. W świecie tlenoterapia była już wtedy stosowana od lat. Leczono przy jej pomocy zatrucia tlenkiem węgla, choroby układu oddechowego takie jak astma i zapalenie płuc, chorobę dekompresyjną, a Orval J. Cunningham w czasie epidemii „hiszpanki” stosował wobec ciężko niedotlenionych chorych eksperymentalną terapię czystym tlenem.
Tlenoterapia, terapia hiperbaryczna, gazoterapia…
Warto w tym miejscu przytoczyć kilka faktów, które dają rozeznanie, jak historycznie rozwijała się wiedza o tlenie i jego zastosowaniu terapeutycznym.
W roku 1662 Nathaniel Henshaw brytyjski lekarz zbudował urządzenie zwane „domicilium”, będące prototypem współczesnej komory hiperbarycznej.
Ponad sto lat później, bo w roku 1775 Joseph Priestley odkrył istnienie tlenu, a dwa lata później Antoine Lavoisier wykazał, że spalanie to proces gwałtownego łączenia się z tlenem substancji palnej, zaś sam tlen jest gazem niepalnym.
W wieku XIX powstają w Europie oddziały szpitalne, wyposażone w „pneumatyczne sale”, gdzie podwyższone ciśnienie tlenu leczy i relaksuje. W latach 1930 – 40, amerykańska marynarka wojenna rozwija zaś badania, a w ich wyniku leczenie choroby dekompresyjnej w oparciu o tlenoterapię. Jest jeszcze jedno naukowe dokonanie dotyczące tlenu, które wykracza poza ramy czasowe wyznaczone przez kwiecień 1939 roku. Przypomnijmy je jednak ze względu na doniosłość. W roku 1960 holenderski chirurg Ite Boerema udowodnił że oddychanie czystym tlenem, pod ciśnieniem wyższym niż atmosferyczne, ratuje życie i pozwala prowadzić operacje kardiochirurgiczne bez użycia krwi.
Teraz możemy już wrócić do tragicznych wydarzeń z 26 kwietnia 1939 roku.
Było południe, grano hejnał, komora wybuchła…
Trzej młodzi lekarze: dr Jan Oremus lat 28, dr Zbigniew Ścisławski lat 28 i dr Jerzy Oszacki lat 30, zaplanowali tego dnia kolejne doświadczenie przeprowadzane w komorze tlenowej. Od jakiegoś czasu badali oni wpływ jaki tlen pod wysokim ciśnieniem wywiera na ludzki organizm. Skutki eksperymentów obserwowali na samych sobie. Wyniki prowadzonych badań miały stać się pomocne w rozwoju terapii stosowanej na otwartym niecałe cztery lata wcześniej oddziale gazoterapii. Dr Jerzy Oszacki był nota bene bratankiem twórcy wyżej wymienionego oddziału i prymariusza szpitala św. Łazarza, prof. Aleksandra Oszackiego.
Wszyscy trzej badacze około godziny 12.00 weszli do komory.
Z zewnątrz doświadczenie obsługiwał technik- mechanik Tadeusz Wiatrak. Ten ostatni w trakcie trwania eksperymentu usłyszał nagle silny, głośny szum. Dochodził z komory. Wewnątrz, jak sam opisywał w relacji dla Ilustrowanego Kuryera Codziennego, panowało wysokie stężenie tlenu, ale nie było nadciśnienia. Szum mocno go zaniepokoił, podszedł więc do podajnika i otworzył go. Wtedy, przez wziernik zobaczył ogień. Natychmiast odblokował kolejne drzwi. Dalszy dostęp zagradzał pożar. Wiatrak w tym miejscu swojej relacji zaznaczył , że otworzenie podajnika i komory byłoby niemożliwe, gdyby we wnętrzu panowało nadciśnienie. Miał bardzo niewiele czasu na ocenę sytuacji i ewentualne ratowanie ofiar. Najbliżej drzwi leżał doktor Oremus. Technik błyskawicznie wyciągnął go na zewnątrz. Lekarz jeszcze żył, ale jego stan był krytyczny. Zmarł dwie godziny później.
Od usłyszenia szumu do wyciągnięcia poszkodowanego, doktora Oremusa, nie minęła minuta. Tadeusz Wiatrak nie ratował już dwóch pozostałych uczestników doświadczenia. Nie miało to sensu. Nie żyli. Ich zwłoki były już całkowicie zwęglone. Jak relacjonował, w pobliżu komory znajdowały się butle z tlenem i innymi gazami używanymi na oddziale. Sytuacja groziła wybuchem, który mógł zniszczyć cały budynek szpitala. Wiatrak natychmiast zabrał się do ich wynoszenia, odciął też zasilanie całej instalacji elektrycznej. W trakcie tych czynności doznał dotkliwych poparzeń rąk i jednej z kończyn dolnych. Swoim działaniem prawdopodobnie uratował budynek szpitala i co najmniej sto osób, bo tyle znajdowało się w tym czasie na oddziale usytuowanym na piętrze, nad pomieszczeniem z komorą tlenową.

Przyczyna pożaru…
Do dziś nie udało się ustalić dlaczego doszło do tej tragedii. W materiałach archiwalnych zwykle mówi się o zwarciu, iskrze elektrycznej, bądź innym, nieustalonym problemie z instalacją, który miał spowodować pojawienie się ognia. Nie wiemy nawet czy szum, który usłyszał Tadeusz Wiatrak, był szumem rozszczelnionej instalacji gazowej, czy szalejącego już wewnątrz płomienia.
Leszek Mazan w swoim artykule opublikowanym w Dzienniku Polskim, w roku 2017 napisał, że prawdopodobną przyczyną wypadku mógł być papieros zapalony przez jednego z lekarzy po skończonym eksperymencie. Ma na to wskazywać munsztuk ustnika, znaleziony w trakcie oględzin miejsca zdarzenia. Być może potwierdzenia tej teorii można doszukiwać się we fragmencie mowy pogrzebowej, którą nad trzema trumnami wygłosił dyrektor szpitala św. Łazarza, dr Stanisław Radwan.
„Nie było tu ani wrażej ręki, ani usterek w aparaturze, ani niebezpieczeństwa nie dającego się uniknąć, ani materiałów wybuchowych i gazów bojowych. W innych krajach liczne rzesze chorych korzystały już dawno z doskonałych skutków leczenia w komorze tlenowej i tam są te metody codziennie stosowane. Więc czemu tak tragicznie zginęli w chwili, gdy w usposobieniu radosnem po skończonym badaniu zostali ponad potrzebę w tej komorze leczniczej. Nie znajdujemy odpowiedzi pewnej, ale wiemy, że z powodu zuchwałej brawury nawet w rękach doświadczonego żołnierza granat potrafi wybuchnąć …”.
Czy słowa doktora Radwana – Nie było tu ani wrażej ręki, ani usterek w aparaturze, ani niebezpieczeństwa nie dającego się uniknąć (…), zostali ponad potrzebę – mogą odnosić się do nieszczęsnego papierosa, czy też mówią jedynie, że gdyby wyszli wcześniej pożar nie zaskoczyłby ich wewnątrz komory? Z relacji Tadeusza Wiatraka wiemy, że doświadczenie musiało być skończone, bo ciśnienie zostało już zredukowane.
Czy to możliwe, że trzej młodzi lekarze nie wiedzieli o tym, co stanie się w atmosferze o wysokiej zawartości tlenu, gdy pojawi się tam płomień zapałki?
W roku 1939 musieli być świadomi, że dojdzie do pożaru. Już w latach 20-tych, gdy na wielu oddziałach szpitalnych w całej Europie wprowadzono tlenoterapię, zakaz zbliżania się z otwartym ogniem stał się podstawowym przepisem BHP. Jeśli technik Tadeusz Wiatrak wiedział, że musi natychmiast wynieść butle z tlenem i innymi gazami, czy to prawdopodobne, że nie wiedzieli o tym lekarze?
Wróćmy jeszcze na chwilę do relacji samego Tadeusza Wiatraka, którą zamieszcza Ilustrowany Kuryer Codzienny.
„Usłyszawszy podejrzany szum otworzył podajnik i ujrzał wtedy słup ognia. Natychmiast więc – co byłoby niemożliwe w razie nadciśnienia – otworzył drzwi komory i ujrzał drugi słup ognia.„
W związku z przytoczonym fragmentem nasuwa się jeszcze jedno pytanie. Co było wewnątrz komory, co mogło przerodzić się w słup ognia? Czy były to tylko notatki i ubrania ofiar? Skoro tlen sam się nie pali, a w atmosferze jego wysokiej zawartości wszystko spala się szybciej, co dało efekt słupa ognia, który zdolny był zwęglić trzy ludzkie ciała?
Dzisiaj nie możemy już tego rozstrzygnąć i chyba nigdy nie dowiemy się ani tego czy coś zbędnego było wewnątrz, ani jaka była bezpośrednia przyczyna tej tragedii.

Trzy ciała jej ofiar włożono w metalowe trumny. Z kościoła św. Łazarza, po skończonym nabożeństwie żałobnym, na barkach wynieśli je na zewnątrz koledzy zmarłych. Przedstawiciel ministerstwa opieki społecznej udekorował trumny Krzyżami Zasługi.
Pogrzeb odbył się na koszt państwa, a kondukt żałobny szczelnie wypełnił ulice: Kopernika, Strzelecką, Lubicz i Rakowicką. Doktor Oremus i dr Ścisławski spoczęli na cmentarzu Rakowickim.
Trumna ze zwłokami doktora Oszackiego została przetransportowana do Chrzanowa. Tam, w kościele parafialnym odbyło się nabożeństwo żałobne, po którym zmarłego odprowadzono na miejscowy cmentarz, gdzie spoczął w rodzinnym grobie.
Żródła:
– archiwalne numery IKC – 27. IV – 04.V 1939 roku.
– Leszek Mazan „Smutek Wesołej” – Dziennik Polski 30.V.2017
– protokoły sekcyjne ofiar.
